POLAM: oświecenie w dużym formacie

 

Jest 1978 r. Realizuje Pan mural dla POLAMu. Pierwszą tego typu pracę w Pana twórczości. Skąd pokusa by wyjść w przestrzeń miasta i stworzyć tak wielki format?

 

Andrzej Bertrandt: Pięćset metrów kwadratowych, osiem kondygnacji – tak, to była pokusa wielkiego plakatu reklamowego i to piekielnie trudna w realizacji. Również w sensie fizycznym. Ściana przy Jerozolimskich, na której realizowałem POLAM była nieprawdopodobnie gruzełkowata. Popularnie zwano ją „barankiem” i taki był ówczesny sposób tynkowania budynków. Zanurzano w wiadrze z zaprawą cementową szczotkę brzozową i otrząsano o ścianę, narzucając na powierzchnie dość duże krople. W bardzo łatwy sposób robił się z tego tynk i zabezpieczenie ściany. Podczas malowania musiałem więc wciskać farbę w ścianę. Z czasem okazało się to jednak zaletą dla samego muralu. W końcu przetrwał on 25 lat. Zamurowano go wieżowcem błękitnym, ładnym.

 

Gdyby nie to rozrastanie się miasta pewnie mural przetrwałby dłużej. Był w dobrym stanie. Jak to możliwe, biorąc pod uwagę, że zarówno jakość farb, jak i innych materiałów pozostawiała wtedy wiele do życzenia?

 

Zastałem wówczas dwa korzystne zbiegi okoliczności. Po pierwsze ściana była skierowana na wschód i to chroniło ją przed zachodnimi kwaśnymi deszczami. Po drugie dobrze podziałała ta chropowatość. Farba była wbita w ścianę i naturalnie się trzymała. W sumie zużyłem na murale ok 600 litrów medium. Dostępne wówczas kolory fabryczne były marne. Czerwień nie była czerwona, żółte nie było żółte. Tylko białe było faktycznie białe, bo wówczas wszystkie mieszkania tak obowiązkowo malowano a producenci dodawali do farby biel tytanową. Na szczęście kupiłem pigmenty. Potwornie to było drogie. Pamiętam, że błękit kosztował 2,5 tys. dolarów za kilogram, a jeden dolar był wart wtedy chyba ze 100 zł. Podobnie było zresztą z kolorami do murali na szkle, które robiłem dla LOTu.

 

1 polam

fot.: archiwum domowe artysty

 

A skąd pomysł na projekt muralu POLAMu?

 

Pierwszą wersję planowałem wykonać z witromozaiki. To były takie maleńkie kosteczki, bodajże dwu centymetrowe, które popularnie używano we wnętrzach przemysłowych i łazienkach. Wymyśliłem „tęczę”. Zabawne, bo przez swoje prace do dziś w Internecie jestem nazywany „tęczową personą”. W każdym razie to spieczone, barwione szkło byłoby praktycznie wieczne. Wyobraziłem sobie jednak jaka to będzie praca i jak długo będzie trwała. Zrezygnowałem. Myślę, że na dobre wyszło a to dlatego, że ściana wykonana farbami dawała lepszy efekt kolorystyczny, miała większą moc.
Ostateczna wersja muralu dla zjednoczenia, zrzeszającego wówczas zakłady zajmujące się produkcją sprzętu oświetleniowego została zaprojektowana w hołdzie Leonardo da Vinci, autorowi człowieka witruwiańskiego. Więc namalowałem takiego rozpiętego człowieka, oczywiście w innych proporcjach i wpisałem w to żarówkę – powód stworzenia tej reklamy. Skorzystałem przy tym z doświadczenia, jakie dała mi praca nad „Gwiazdą południa”, plakatem który zatrzymany przez cenzurę – nigdy nie  poszedł na płoty i słupy ogłoszeniowe. To było ewenementem, ponieważ plakaty zawsze reklamowały filmy. Tym razem film wszedł na ekrany, a plakat na płoty nie. Cenzorzy wystraszyli się ekspresji plakatu i tego, że może działać na tłumy – był rok 1970, zmiana władzy itd. „Gwiazda południa” do dziś podoba się i ma największą popularność w mojej internetowej galerii.

 

Wahał się Pan przed przyjęciem zamówienia na POLAM?

 

Niektóre propozycje tego typu odrzucałem, ale w wypadku POLAMu przesądził temat. Jest sprawą oczywistą, że lubię światło, świetlistość, lśnienia, blask. A wyzwanie było z tej grupy zjawisk. Lubię epoki oświeceniowe, kiedy doceniano wiedzę, kulturę. Kaganek oświaty był i chyba do dzisiaj jest symbolem właśnie tego. Pan Edison wymyślił żarówkę, która do dzisiaj oświetla nam życie. Tak jak właśnie lampy, które posłużyły do zredagowania napisu tytułowego POLAM.
Kiedy przyjmowałem zamówienie już byłem tęczową osobowością, ponieważ miałem za sobą parę plakatów ze wspomnianą „Gwiazdą Południa” na czele. Ta filmowa wizja rozpoczęła pochód późniejszych realizacji, choć ten rewolucyjny, odkrywczy styl w plakatach już chyba po czwartym projekcie zaniechałem uznając, że takiej formy wyrazu nie rozwinę. Ale paski wyszły na ulice i się dość dobrze na nich rozgościły. Zapoczątkowałem trwającą parę lat, ogólnopolską modę na paski.

 

Zwykle ktoś projektował mural, a kto inny malował. U Pana nie było tej rozłączności.

 

Robiłem wszytko sam. Miałem pewność, że panuję nad materią. Jedna z trudności polegała jednak na tym, że cała ściana była w rusztowaniu. Jak stałem na jednym z pomostów rusztowania, to widziałem jedynie fragment ściany, pas o wysokości około 2 metrów czyli ogarniałem wzrokiem tylko część ściany. I jak tu wykreślić koła? Żeby to zrobić, na środku ściany wbiłem potężny gwóźdź. Rozpiąłem drut, na końcu którego umieściłem stolarski ołówek - co dało cyrkiel. Pozwoliło mi to spokojnie wykreślić wszystkie koła. Przesuwałem się po piętrach rusztowania, przekładając uwięziony na drucie ołówek – nie było to łatwe, ale udało się.  

 

Podobnie jak własne wykonawstwo, tak i podpisywanie murali w tamtym okresie było rzadkością. Tymczasem pan podpisał swoją pracę nazwiskiem.

 

Nie tylko podpisałem, ale i zadedykowałem. Tyle, że pewien zazdrosny kolega mi tę dedykację niedługo po skończeniu muralu zamalował. Od razu wiedziałem, że zrobił to zawodowiec. Dobrze dobrał kolor, a mojej farby na pewno nie miał.

 

Twórcy murali reklamowych poprzedniej epoki nie afiszowali się z autorstwem. Nawet dziś często nie przyznają się do swoich prac. Wiem, bo wciąż mam problem z dotarciem do nich. A Pan powiedział: patrzcie, to ja!

 

To był autorski projekt. Nawet nie sposób było go nie podpisać. Jeszcze powinien być datowany.

 

 

2 polam

fot.: archiwum domowe artysty

 

 

I pierwszy, ale nie jedyny dedykowany na ścianę budynku.

 

Niedaleko, bo na Koszykowej przy wydziale architektury Politechniki Warszawskiej zrobiłem mural Informacji Usługowej. Ciekawy zbieg okoliczności, bo choć sam budynek z muralem został już zabudowany, to w nim teraz będą sprzedawane moje prace - m.in. koszulki z plakatem Solaris.

 

A inne ściany?

 

Projektowałem też dla Zakładów Przemysłu Odzieżowego Cora, Leda i Teatru Narodowego, Banku Pekao, Mennicy oraz w rezydencjach, biurach. Od wczesnych lat chciałem zostać malarzem. Moja przygoda z pędzlami rozpoczęła się od plakatów, a kolejne zamówienia były fantastycznymi laboratoriami badawczymi, które umożliwiały ulepszanie techniki, rzemiosła.
Najrówniejszy poziom artystyczny i wyrazowy, uzyskiwałem projektując logo oraz właśnie ściany. Wszystkie były dobre, wytrzymywały próbę czasu i zaspakajały potrzeby oraz gusty zleceniodawców. Zadania, czyli tzw. założenia projektowe brzmiały często tak: proszę mi powiększyć wizualnie kubaturę pomieszczenia, ponieważ żonie wydaje się za mała. Więc powiększałem iluzorycznie. Zdarzało się potem, że znajomi, którzy przebywali w takim salonie  mówili, że czują się jak w Toskanii, choć rezydencja była w Warszawie a widok z Kazimierza.

 

Oba warszawskie murale – POLAM i Informacja Usługowa powstały w latach 70. Jak pamięta Pan miasto z tego okresu?

 

Z ulic prawie nie pamiętam murali. Miasto wyróżniały liczne plakaty i logo na światowym poziomie i… piękne, eleganckie dziewczyny. Sklepy były często puste a na Pewexy niewiele pań mogło sobie pozwolić, ale wiedziały jak się nosić i robiły to szykownie. Na Nowym Świecie to była wręcz codzienna rewia. Nieprawdopodobne.

 

 

3 polam

fot.: archiwum domowe artysty

 

 

Murale, podobnie jak neony przechodziły kilka urzędowych szczebli akceptacji. A jak było z akceptem społecznym w wypadku Pana prac?

 

Nie wiem jak to się działo, ale wszystkie pieczątki bez problemu uzyskiwałem. Łącznie z POLAM, który malowałem przez co najmniej trzy miesiące. W tym czasie pod ścianą przeszły tłumy ludzi, bo to było bardzo ruchliwe miejsce przy Dworcu Centralnym. Ponieważ Polacy mieli mało samochodów najczęściej podróżowano pociągami, tramwajami, autobusami, które w tym węzłowym miejscu miały swoje przystanki. Pamiętam aplauzy od zupełnie obcych ludzi: brawo, super, tak trzymać! Przechodziła tamtędy też moja aktualna żona. Znała mnie wcześniej z okładki książki „Pasja życia” o malarzu Van Gogh, którą wypożyczała dziesiątki razy. Podobno bibliotekarka mówiła: kup ją sobie, bo nie tylko ty ją czytasz. Tak poznała nazwisko autora, które potem zobaczyła na muralu, jeszcze mnie nie znając.
Niedługo później, bo po roku dostałem zlecenie na wykonanie dekoracji malarskiej Sali Senatorskiej Zamku Królewskiego. Polecił mnie profesor Jan Zachwatowicz wieloletni Naczelny Konserwator PRL. Pracowałem nad nią sześć lat. Przestawiłem się na zupełnie inne tory, inne myślenie.

 

A murali w tym czasie Warszawie szybko przybywało. Jak pan je ocenia?

 

Średnio. Z wyjątkiem PolDrobu, opartego o grafikę Nożko-Paprockiej nie było żadnej pracy wybitnej. Choćby wybitnej, bo nie mówię o arcydziele. Wielu murali, które już są na stronie blizejkonsumenta.pl w ogóle nie pamiętam.

 

 

4 polam

fot.: archiwum domowe artysty

 

 

Dwa lata temu pojawiła się próba odtworzenia pana POLAMu. Na wystawie „Warszawa w budowie” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej można było oglądać makietę z tym muralem.

 

No właśnie – tylko próba. Jak napisałem w książce: autorzy wsiedli do mistrzowskiego bolida, tylko nie wyrobili na zakrętach. Trzeba jednak przyznać, że dość dobrze zapamiętali kolorystykę. Mnie dziś cieszy fakt, że makieta została dobrze sfotografowana i posłuży jako jeden z przykładów, jak można z muralu zrobić rzecz przydatną. Teraz nosimy się z zamiarem odezwania się do 20 firm, które utrzymały nazwę POLAM, z propozycją różnych wersji, bazujących właśnie na tym muralu. Bo choć zjednoczenie nie przetrwało, to sama nazwa owszem.

 

Wspomniał Pan o książce. To autobiografia. Czy watek muralowy również się w niej pojawi?

 

Tak, właśnie skończyłem ją pisać. Muralom poświęciłem parę stron. Jeden plakat potrafił mi tyle miejsca zająć, więc nie wiem dlaczego tak mało napisałem [śmiech]. Może wplotę w nią też ten wywiad? W każdym razie książka jest jedyną relacją o grafice reklamowej od środka z perspektywy, optyki autora. Co prawda trochę tekstów zredagował wielki grafik Jan Lenica, ale to mało. Pisząc uzupełniam tą lukę.
Jak napisała w przedmowie pani Justyna Holm: moja książka jest zaczynem, który mógłby posłużyć do wielu prac doktorskich.

 

Kiedy będzie dostępna?

 

W tym roku powinna być do kupienia  testowa setka e-booków. Później audio booki. A potem wydanie klasyczne – na papierze. Ta forma, właśnie na papierze, ma największą szansę przetrwania moim zdaniem. Na pewno lepszą niż murale.

 

 

rozmawiała: Anna Brzezińska-Czerska

 

Zdjęcia dzięki uprzejmosci artysty.

 

5 polam

 

Podziwiaj
Oceniaj
i udostępniaj
na proletariackim
Facebooku!

face_ad

Czy warto przywrócić reklamę Poldrobu na Rondo Wiatraczna?

tak, to symbol, dzięki któremu dzielnica ma jaja - 85%
nie, lepiej zróbmy z niego jajecznicę - 6.7%
nie wiem, na co komu jajo na ścianie? - 8.3%
Głosowanie zakończone

 

współfinansowanie
Bazowa dokumentacja projektu została stworzona dzięki stypendium dla osób zajmujących się twórczością artystyczną, upowszechnianiem kultury i opieką nad zabytkami w m.st. Warszawie (II półrocze 2010) przyznanemu Annie Brzezińskiej
partnerzy i patroni